<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
  <channel>
    <title>Introvernia — Dziennik osobisty WWO — maragalli on tuhat</title>
    <link>https://tuhat.net/@maragalli/c/introvernia-dziennik-osobisty-wwo</link>
    <description>Zmysły. Miejsca. Demony.</description>
    <atom:link href="https://tuhat.net/@maragalli/c/introvernia-dziennik-osobisty-wwo/feed.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/>
    <language>en</language>
    <lastBuildDate>Mon, 13 Jul 2026 00:22:42 +0000</lastBuildDate>
        <item>
      <title>Introvernia — Dziennik osobisty WWO (01)</title>
      <link>https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo1</link>
      <description>dwudziesty siódmy maja • środa Tuż po siódmej rano nierozpoznany ptak swoją aseptyczną pieśnią przemywał rzeczywistość. Zanim wyprowadziłam psy, w miętowym…</description>
      <dc:creator>maragalli</dc:creator>
      <content:encoded><![CDATA[<h1 class="ql-align-right"><strong>dwudziesty siódmy maja • środa</strong></h1><p class="ql-align-justify">Tuż po siódmej rano nierozpoznany ptak swoją aseptyczną pieśnią przemywał rzeczywistość. Zanim wyprowadziłam psy, w miętowym oddechu powietrza nie było już śladu po strawionej nocy, ale opadłe, skurczone w sobie kwiaty kasztanowca nadal wypełniały wszystkie bruzdy w ziemi jak rozsypany ryż basmati.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>dwudziesty ósmy maja • czwartek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Mieszkanie potrzebowało tlenu. Od miesięcy dyszało astmatycznie, krztusiło się remontowym pyłem, majaczyło. Uchyliłam okno w kuchni, nie podnosząc rolety, nie łaskocząc jeszcze hydry, która, wzdęta chroniczną ciekawością, rozwijała ciężkie sploty na balkonach po drugiej stronie ulicy i niestrudzenie penetrowała nie swoje szuflady, zaglądała do nie swoich garnków, inwentaryzowała nie swoje tajemnice. Słońce rysowało jaskrawą kreskę u szczytu ościeżnicy — nie była to biel, lecz unia wszystkich kolorów świata. Zatrzymała się na tej kresce cała słoneczna arogancja i światło, obejmujące kuchnię pod niezwykłym kątem, zyskało miękkość i barwę gęsiego puchu.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>trzydziesty maja • sobota</strong></h1><p class="ql-align-justify">W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i maliny z biszkoptem, odkąd ze sprzedaży wycofano ensaimadę — na oszklonym frontonie Uniwersytetu Przyrodniczego taki przypis do Hitchcocka — <em>Proszę uważać na atakujące wrony, które mają gniazdo obok budynku melioracji</em>.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>trzydziesty pierwszy maja • niedziela</strong></h1><p class="ql-align-justify">Przesadziliśmy kwiaty, ja i Gnom. W starych, oprószonych kurzem koszarach urządziliśmy im ostatnią zieloną noc. Przycięliśmy rozzuchwalone brody, przetrząsnęliśmy materace, plecaki i zbutwiałe śpiwory. Doniczki, wezwane na poranny apel, stanęły w równym rzędzie — wyszorowane i karne. Jeszcze tylko krótka czarnoziemna musztra na keramzytowym poligonie, prasowanie mundurów, polerowanie guzików. Wreszcie defilada. Przodem szli dobosze — trzy małe chamedory z uroczymi czuprynkami. Później Dracena i jej generalski pióropusz, który jak zielony wodospad wykwitał z cienkiego, zgarbionego patyczka. Za nią sierżant Epipremnum w żywym płaszczu ze splecionych gałązek. I szeflera markietanka, skacowana tak bardzo, że wciąż gubiła i kroki, i liście. A na końcu wlókł się czołg — wielka nadzieja i wielki zawód Gnoma — Fatsja Pajęcza Sieć, która z niewiadomych przyczyn usmażyła na brązowo wszystkie swoje parasole i w bajronicznym geście wznosiła teraz ku niebu nieprzyzwoicie nagie łodygi.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>pierwszy czerwca • poniedziałek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Centrum wielkiego miasta, dzielnica oddalona od rynku mniej więcej na taką odległość jak serce od wątroby. Spaliny, metaliczny zaduch tramwajów, podbiegłe fermentującą zupą studzienki kanalizacyjne i niezbyt harmonijna zawiesina ludzkich pomysłów na wystudiowaną świeżość. Lilaki już przekwitły, a powietrze nadal pachnie — słodko i kojąco — więc przy okazji odbioru paczki z mieniącym się turkusowo i mandarynkowo szalem przeprowadzam botaniczne śledztwo w duchu Abhidharmy.</p><p class="ql-align-justify">Znawcą roślin nie jestem — to Korneliusz ustali tożsamość podejrzanych. Fotografuję ich z ukrycia, szybko, zwięźle — kadry są brzydkie i użyteczne. Gang osiłków bzu czarnego, rozprowadzających tanio, bo na wietrze, drobne pigułki kremowych kwiatów. Różane lichwiarki — uszczypliwa wdowa Barock w postrzępionej morelowej spódnicy, panna Sympathie, której zbyt duża, czerwona bejsbolówka przesłania niebo oraz zdrowy rozsądek, i Gloria Dei z zębami pożółkłymi od nikotyny. Białowłosy jaśminowiec, tak czarujący, że z oszustw matrymonialnych czerpie stały dochód. Ligustr w odświętnym garniturze z perłowymi guzikami — wkrótce zmęczony nową kochanką, wskoczy w dres i zacznie ją podtruwać. Szajka spekulantów — Rukiewników i Podagryczników, którzy, raz posiani, długo wypracowują podziemną sieć kontaktów, by potem nagle i bez rozgłosu przejmować okoliczne nieruchomości, skwery, miejsca parkingowe. Przedsiębiorcza robinia z fałszywym dowodem i kopertówką pełną nieoszlifowanych diamentów. I tawuła japońska — szemrana księgowa w landrynkowym berecie.</p><p class="ql-align-justify">Dzielnicowi dilerzy budują solidną nutę bazową — dopóki się nie zbliżasz, dopóki nie próbujesz się spoufalać, nie ściskasz rąk, nie klepiesz ich po plecach, dotrzymują obietnicy syropowego haju. Jeśli przekroczysz granicę, dostaniesz po łbie mysim smrodkiem. Weekendowy truciciel i seryjny bałamutnik odpowiadają za nutę serca — z początku obaj tak samo zmysłowi, upajający, gęści i miodowi, ale z kapryśnego ligustra pożądanie szybko wycieka gorzką, migdałową rosą nudy, podczas gdy jurny jaśminowiec godzinami obcałowuje liczne narzeczone ożywczym kwaskiem pomarańczowej skórki. Dyskretna przemytniczka i mniej dyskretne róże organizują nutę głowy na różne sposoby — elegancka robinia trzyma świat na dystans ziołową wonią młodych konwalii, a kumy lichwiarki przyciągają klientelę korzennymi akcentami goździków i kardamonu. Korneliusz mówi, że niewinni są tylko spekulanci, bo ich warzywna, cwaniacka aura nie jest w stanie się przedrzeć przez te wszystkie eteryczne zbrodnie.</p><p class="ql-align-justify">A tawuła?</p><p class="ql-align-justify">Zielono pachnąca, cierpka i sarkastyczna tawuła — w tajemnicy pociąga za sznurki.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>piąty czerwca • piątek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Czerwiec — nadal w powijakach — dostał burę od jesieni, dlatego dzisiaj przez szczelinę u szczytu ościeżnicy do kuchni cierpliwie wlewa się półmrok, a zachrypnięty deszczyk intelektualista cytuje Hughesa, Longfellowa, Leśmiana i Alice Oswald. Zastanawiam się, co kierowało właścicielem kota, który siatkę ochronną balkonu na zachodniej ścianie podwórka ozdobił miniaturowymi buteleczkami po alkoholu — na pierwszy rzut oka to wódka, ale wódki raczej nie trzyma się w seledynowym szkle — i całość wygląda teraz jak surrealistyczna girlanda bożonarodzeniowa. Czy jego kot pije?</p><h1 class="ql-align-right"><strong>dziewiąty czerwca • wtorek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Z surowego pomysłu na strukturalną typologię liter — po jej utarciu w gęsty kogel mogel z żółtkiem dynastycznych zależności na potrzeby wstępu do <em>AOD</em> — zostało mi tylko jedno zdanie, pestka pierwotnej metafory — <em>Każda biblioteka składa się z mnóstwa I</em>.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>trzynasty czerwca • sobota</strong></h1><p class="ql-align-justify">W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i muffinkę w kolorze ciepłego fioletu, gdyż nie stało biszkoptu i malin — pod monochromatycznym niebem wyglądającym jak atak histerii szarpanej wiatrem Stefki — rzeź łopianów i golemy nowej generacji.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/c53858e0-e454-4d9e-9a8b-48102525c052.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/c53858e0-e454-4d9e-9a8b-48102525c052.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Wprawdzie ominęła mnie scena batalistyczna, ale krajobraz po bitwie i tak był wstrząsający. Zwiotczałe sztandary wielkich liści, otwarte złamania, miękkie, postrzępione kości i gorzkawy zapach zielonej krwi. Z hufca stacjonującego przy krawężnikach nie ocalał nikt. Ideę wojny znam — barbarzyński wigor wobec cywilizowanej estetyki, dozorcy przeciw chwastom — a jednak w tym przypadku to szał nadzabijania, napalm w przedszkolu, Stalingrad i Somma. Czyim wrogiem jest łopian? Kto tak bardzo pragnie spustoszyć nędzne spłachetki nędznej ziemi pod nędznymi płotami?</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/556dc40e-143a-4199-b2d7-f436b4634b27.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/556dc40e-143a-4199-b2d7-f436b4634b27.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">W groteskowym kontraście do krzepnącej jeszcze dynamiki tej masakry na chodniku przed Uniwersytetem Przyrodniczym statyczna kompozycja przestrzenna — bo przecież nie spotkanie istot ludzkich. Bańka martwej, mechanicznej ciszy w samym środku miejskiego zgiełku. Identyczne pozycje i grymasy, identyczne odstępy między posągami w naprzemiennym układzie niemal całkowitego bezruchu — pracują tylko oczy i kciuki, trzymając się ściśle ram telefonicznej klawiatury. Golemy nie wiedzą, jaka jest pogoda. Nie czują zimna. Nie podziwiają chmur. Nie wymieniają spojrzeń, nie kruszą kopii słów. Nie ożywi ich imię boga, a opłatek pod językiem rozpuści się, zanim go zauważą. Przechodzę obok i uderza mnie prosta myśl — jeden zarżnięty łopian wciąż ma w sobie więcej życia i emocji niż trzydziestka wegetujących golemów z glinianymi płucami.</p><p class="ql-align-justify">Gloria Lappae!</p>]]></content:encoded>
      <pubDate>Fri, 26 Jun 2026 15:29:35 +0000</pubDate>
      <guid isPermaLink="true">https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo1</guid>
      <category>dziennik_literacki</category>
      <category>esej_liryczny</category>
      <category>proza_sensoryczna</category>
    </item>

    <item>
      <title>Introvernia — Dziennik osobisty WWO (02)</title>
      <link>https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo-02</link>
      <description>dwudziesty pierwszy czerwca • niedziela Szybki obiad w miasteczku weterynarza i pielęgniarki — znowu to poczułam. Słodki, gorzki, słony zapach domu,…</description>
      <dc:creator>maragalli</dc:creator>
      <content:encoded><![CDATA[<h1 class="ql-align-right"><strong>dwudziesty pierwszy czerwca • niedziela</strong></h1><p class="ql-align-justify">Szybki obiad w miasteczku weterynarza i pielęgniarki — znowu to poczułam. Słodki, gorzki, słony zapach domu, lakierowanego drewna, żywicznych skaleczeń, archaicznych, nieco wypaczonych, pociągniętych farbą ościeżnic, ciepły nawet zimą — brzoza i sadza, suche gardło desek, wszystko to, czego nie da się wywietrzyć z pamięci, bo wżarło się głębiej niż kurz, wbiło głębiej niż gwoździe tak stare, że wyglądają już, jakby zaczęły topnieć.</p><p class="ql-align-justify">Najwytrwalej dźwigają ten zapach firany. Białe, z kaskadami falban, pieczołowicie odtworzone przez matkę, bo zobaczyła taki wzór podczas którejś zagranicznej eskapady i wróciła chora z miłości. Zjeździła potem okoliczne sklepy tekstylne w poszukiwaniu gładkiej, gęstej, jedynie słusznej siatki, w czasach pogardy dla subtelności, kiedy półki przestały być puste, ale wciąż nigdzie niczego nie było. Nie dla tych, co woleli klasycyzm od baroku. Nie dla nas.</p><p class="ql-align-justify">Tu łokieć, tam kupon, ówdzie jeszcze ze dwa metry.</p><p class="ql-align-justify">Szyła tygodniami, szyła wieczorami, przy największym stole, łamiąc igły i głowę — sobie. Dziewiętnaście okien, każde inne. Maszynowy terkot oznaczał upojną swobodę, chwilę wytchnienia od jej nietoperzowego słuchu i oka ważki, bo pochylona nad kolejnym wykrojem zapominała o nastolatkach, o kanapkach z pomidorem, o ciężkich grzechach, którym usiłowała zapobiec. Można było strzelać z ekierki, tyłkiem obleczonym w dżins polerować zimny marmur korytarza, zaczytywać się w rynsztokowych horrorach, grać koncerty życia przed milionową publicznością — wyobrażone sale nie znają limitów. Łucznik — zjadacz nici — dawał tyle cienia, że generował własną strefę mroku, a skóra, zwłaszcza na karku, aż krzyczała z ekscytacji przy pierwszym chrząknięciu silnika.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/9d322ba4-489e-4954-8ec5-97edcabb4681.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/9d322ba4-489e-4954-8ec5-97edcabb4681.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Ten zapach jest fenomenem. Naprawdę. Sosny w różnym wieku, głównie melancholiczki. Sosny o różnych kształtach. Pachnie i wiek, i kształt. Sosen sentymenty, cierpliwe nawoływania schodów, monologi podłóg, gniew sufitów, obojętność listew, skrzypiące lub strzelające jak korek od szampana stawy domu, który od dekad wierci się, próbując przyjąć najwygodniejszą pozycję. Traci jędrność, czerstwieje, a równocześnie kolekcjonuje bruzdy, odpryski, wymowne zadraśnięcia po moich kłamstwach i obcości siostry arogantki, psich turniejach i rodzinnych igrzyskach, wysokich obcasach pielęgniarki i chodakach weterynarza, po wędrujących meblach, upuszczanych nożach, trzaskających drzwiach, po całym naszym życiu, któremu skądś wzięło się przekonanie, że jest nieinwazyjne i dyskretne.</p><p class="ql-align-justify">Latem zapach przypomina woń czystych, pustych strychów pod duszącymi się z gorąca dachami, lecz bez charakterystycznej nuty wosku pszczelego — to bukiet przewiązany chemiczną wstążką olejów i impregnatów, niby nieproszonych, a jednak na miejscu. W schowku na pościel, w maleńkiej, rzadko otwieranej przestrzeni wstążka najmocniej zaciska się na szyi — zanurkować tam to akt opiumizmu, doznanie z pogranicza erotyki i opresji — a lamowane nią koce z wielbłądziej wełny na zawsze pozostaną dla mnie archetypem absolutnego bezpieczeństwa. Zdarza się też, że przypadkowy ruch potrząśnie bukietem i od bielonej ściany oderwie się smużka kadzidełkowego dymu, owinie wokół miedzianych bibelotów i opadnie na wiklinowe kosze. Zimą węch podrażnia dodatkowo opar piwnicznego pieca, wiosną — cierpki pot przebudzonych roślin, jesienią — feromon wilgoci.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/bd76ac27-5c00-40a8-b224-c6e9fa8e8a99.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/bd76ac27-5c00-40a8-b224-c6e9fa8e8a99.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Drzewo, drewno, kantówki i legary. Zapach survivalu dorastania i wypisane na brzozowych szczapach jasne imię lasu, który musiał kiedyś umrzeć, żebyśmy mogli zamieszkać wśród sęków, w pomarańczowych pokojach, opierać łokcie na parapetach, słuchać, jak nocą dom mamrocze przekleństwa, przewracając się z boku na bok.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-justify">Całe błonia chabrów. Nie ledwo czytelne, wykonane niebieskim atramentem notatki na marginesach zbóż, lecz sine twarze z makowymi rumieńcami, tłum topielic stojących po pas w zielonym szlamie. Chaber i mak, para najbardziej polskich kwiatów, jeden chronicznie niedotleniony, drugi ciśnieniowiec, z policzkami w nieustającej gorączce. Razem wyglądają jak uciekinierzy ze szpitala polowego, ci, co źle znoszą zamknięte przestrzenie, nawet jeśli to tylko podzielony prowizorycznymi ściankami namiot. A gdy spojrzeć z innej strony, są jak wspomnienie wszystkich szkolnych akademii, na których okularnikom każe się recytować wiersze o ojczyźnie, a garstka umierających z nudy rodziców bez przekonania udaje, że wciąż kocha ten abstrakt, że patriotyzm nie uschnął w nich jak botaniczny dowód winy i kosmopolityzmu. No chyba że pojawi się tatuś konserwatywny, ale dzisiaj tatuś konserwatywny poświadcza miłość do kraju nad Wisłą nie Norwidem, lecz bejsbolem.</p><p class="ql-align-justify">Chabry i maki za oknem pociągu z miasteczka weterynarza i pielęgniarki do Wro. Wro, któremu odmawiam prawa do rodzaju męskiego, bo jest nijakie niczym mleko, żebro albo echo, i które uważa mnie chyba za swoją, chociaż bez szczególnej wzajemności.</p><p class="ql-align-justify">A w środku chłopak z wytatuowanym pod uchem Chojrakiem, tchórzliwym psem z kreskówki. Siedzi bokiem, odsłaniając kark, dzieląc się kartą prywatnego tarota. Kartą Maga — jak sądzę, bo ten paranoiczny beagle miał niezwykłego nosa do wszelkich guseł, uroków i iluzji. Dla introwertyka to niepojęte, jak chętnie intymna mitologia wykwita na skórze, tak podatnej na sól i ocet. Ludzie piszą na własnych ciałach obrazkowe listy do kaprysu, odwagi, grozy, fascynacji, śmierci, tęsknoty, poczucia humoru i braku sensu, a potem niosą tę korespondencję wraz z sobą do baru szybkiej obsługi, dentysty i kościoła. Albo do pociągu. W lecie, które jest czasem bez kopert, epistolografia tatuażu zalewa świat.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/07bba786-210b-455f-a82c-fcb8e470ff2b.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/07bba786-210b-455f-a82c-fcb8e470ff2b.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Za oknem trwa etap malachitowych mórz. Zboża jeszcze nie dojrzały, ale już pozują jak dorosłe — biusty falują, prężą się bicepsy — stroszą piórka i zawyżają swój wiek, chociaż nadal pełno w nich słodkawego soku wyobraźni i naiwnych snów. Gdzieniegdzie pośród tych rozwibrowanych tłumów leżą złote rolady pojęczmiennej słomy albo bele siana z pierwszego pokosu traw. Są jak lepkie cukierki dla olbrzymów, które wypadły ze zbyt gwałtownie rozerwanej torebki i potoczyły się w najdalszy kąt, do matecznika obłażących z sierści kotów kurzu.</p><p class="ql-align-justify">Oleśnica — antypatyczna ciotka, od której nigdy nie odbieram telefonów — wita mnie z rezerwą nadpleśniałym chlebem przemysłowego śmietniska. Regał żelaznego złomu w magazynie osobliwości i chaotyczny Dürer chwastów — bez rzeżuchy! — gdzie każdy naznaczony grzechem pierworodnym badyl przetrwał apokalipsę i dostąpił odkupienia. To nie widoczek, lecz rejestr nietrafionych decyzji. Blacha, beton, trawa z piaskiem w zębach, zardzewiałe maszynerie czekające na reinkarnację w przedsionku Akaszy. Oleśnica nie otwiera ramion — pokazuje język, pokryty nalotem po fabrykach, składach, bocznicach i niewypowiedzianym zmęczeniu, stawia na stole brudną szklankę, wskazuje najmniej wygodne krzesło. Sama nie siada, czeka, aż wyjdę.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/ec387150-4a85-4a14-977b-4edbf4e40867.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/ec387150-4a85-4a14-977b-4edbf4e40867.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Pewne rzeczy pozostają niezmienne od trzech dekad. Opustoszałe kioski na peronach, te drewniane, prastare, w odcieniu głębokiej czekolady, i te młodsze, wykładane drobniutkimi teserami bez koloru, jakby ktoś zmielił resztki wapiennych klatek schodowych i ułożył je w niemą mozaikę. Stoją zamknięte, niewiarygodnie cierpliwe. Przypominają wieżyczki okrętów podwodnych na mieliźnie torów, pozbawione gazet, oranżady, tęczowych lizaków, plastikowych zabawek i długopisów — nieodzownych drobiazgów, małych litanii do boga podróży, bo czy wiadomo, jak się skończy droga? Czy aby, panie dziejku, dojedziemy? A ciasny niegdyś węzeł kolejowy stopniowo się rozluźnia, parcieje, rozpada, mimo pokostu współczesnych udogodnień.</p><p class="ql-align-justify">Potem znów pola. Szerokie w biodrach buraki cukrowe, kukurydziane podlotki, płowiejąca ospale pszenica, rzepak, który właśnie przestał się farbować na wyzywający blond i neonowo żółte pasemka zamienia na mysie odrosty. Krzepną leniwie, bez entuzjazmu, z nonszalancją kobiety po czterdziestce zasypiającej bez prysznica, ale w klipsach. Brzozowe zagajniki migają jak puszczone na wiatr partytury, poldery zalewowe pielęgnują pamięć po wodzie, chwilowo niezainteresowanej, wyciszonej, milkliwej — wystarczy jednak zachcianka deszczu, skarga rzeki, parę mokrych tygodni, i pamięć na powrót przerodzi się w obecność.</p><p class="ql-align-justify">Estakady przed Wro. Brama do dzielnicy na obrzeżach. Jeśli byłeś grzeczny, kumpel graficiarz wciągnął cię do galerii znajomków — ogromnych portretów na słupach nośnych. Sława nie będzie trwać wiecznie, tyle co przygotowania do kapitalnego remontu. Któregoś poranka rzeźnicy z Plainfield zdejmą ci twarz, ale ja ją widziałam, rozmazaną przez upał i prędkość. Wiem, że tam była — i kilkanaście innych. 2012 rok — twierdzi Korneliusz. Pokonuję tę trasę po stu sześćdziesięciu ośmiu miesiącach dezercji.</p><p class="ql-align-justify">I już. I Nadodrze. I tramwaj. I dom czasu teraźniejszego.</p><p class="ql-align-justify">Polska w czerwcu, jeszcze nie zmatowiała, lekko zdyszana, cała w truskawkach, z grubymi warkoczami. W mieście takiej nie spotkasz.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-center"><em>(autorzy zdjęć — kristina tochilko • ryan schram • vlad ionita) </em></p><p class="ql-align-center"><em>(autor postaci chojraka, tchórzliwego psa — john r. dilworth)</em></p>]]></content:encoded>
      <pubDate>Mon, 29 Jun 2026 10:59:28 +0000</pubDate>
      <guid isPermaLink="true">https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo-02</guid>
      <category>dziennik_literacki</category>
      <category>esej_liryczny</category>
      <category>proza_sensoryczna</category>
    </item>

    <item>
      <title>Introvernia — Dziennik osobisty WWO (03)</title>
      <link>https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo-03</link>
      <description>trzydziesty czerwca • wtorek W ramach zacieśniania wątłych stosunków z Dalekim Wschodem, opracuję sobie całkowicie subiektywne polskie kō — siedemdziesiąt dwie…</description>
      <dc:creator>maragalli</dc:creator>
      <content:encoded><![CDATA[<h1 class="ql-align-right"><strong>trzydziesty czerwca • wtorek</strong></h1><p class="ql-align-justify">W ramach zacieśniania wątłych stosunków z Dalekim Wschodem, opracuję sobie całkowicie subiektywne polskie <em>kō</em> — siedemdziesiąt dwie pocztówki z postrzegania miasta w dwudziestu czterech <em>sekki</em>, o jakich świat nie słyszał.</p><p class="ql-align-justify">W tych <em>kō</em> nie będzie dyscypliny cesarskich kalendarzy ani księżyca nad idealnie ukształtowaną gałęzią świerku, chyba że to właśnie świerk strzepnie nerwowo popiół z papierosa na parapet, a księżyc rozleje się maślaną plamą na zimnej patelni nieba. Nie będzie tak skrupulatnego rejestru kiełkowania, kwitnienia i dojrzewania roślin, chociaż rośliny pozostaną w centrum. Nie będzie <em>uguisu</em>, <em>seri</em> ani <em>ume</em>. Nie będzie czystego porządku rzeczy, bo nie będzie wsi.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/fc90ba47-d3a2-4abf-a8f5-8d9f69aa29e1.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/fc90ba47-d3a2-4abf-a8f5-8d9f69aa29e1.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Jeśli rok we Wro naprawdę się rozpada, to nie na cztery wielkie pokoje, ale na dziesiątki tajemnych pasaży, schowków i piwniczek na wino. Przez dwanaście licencjonowanych miesięcy przyglądam się badawczo i próbuję dociec, co się porusza w tych kątach, co tam drga. Nie w kosmosie, nie w historii, nawet nie w przyrodzie jako takiej. W powidokach. W oksymoronach. Pod skórą. W dysharmonii między rozumieniem a zapisem. Z rozdźwięku powstanie katalog — spis drobnych przesunięć prywatnej tektoniki, śmiesznych olśnień, maleńkich wyszczerbień na ostrzu legendy, tej od map, nie od bohaterów.</p><p class="ql-align-justify">Japonia dała wytworne nazwy chwilom, w których natura zmienia ton głosu, ale Japonia jest matką <em>haiku</em>. Gdzie mi tam do niej. Podejrzewam, że moje <em>kō</em> przynajmniej w pewnym stopniu będą w tym kontekście obrazoburcze. Może banalne. Niewykluczone, że aroganckie. Przedmiot, żywioł, emocja, metafora — kolejność dowolna. Ironia? Nie wiem, to chyba zakrawałoby na zbrodnię.</p><p class="ql-align-justify">Nie dążę do formy uniwersalnej. Poskładam swój kalendarz ze spacerów, iluminacji, ataków furii i smaków. Z nagrobków na cmentarzu w drodze pod most. Z wieczornego podglądania cudzych lamp w oświetlonych, odsłoniętych oknach. Z rękawiczek i alergii. Z nagłych zmian nastroju. Z wczesnych poranków w sezonie liści jeszcze za małych, by podnosić szum, ale już wystarczająco licznych, by zwoływać własne sejmiki. Z warzyw i awanturującego się kręgosłupa. Z chleba i z igrzysk.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-justify">Drugie <em>sekki</em> czerwca — trzy twarze burzy, która mnie zachwyca, Milkę przeraża do szaleństwa, a Gnoma i Bezy wcale nie obchodzi. <em>Kō</em>? Topolowy śnieg.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/58cfe516-78bc-4460-bfaf-40f0dc9c428e.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/58cfe516-78bc-4460-bfaf-40f0dc9c428e.webp" width="75%"></picture></p><h1 class="ql-align-right"><strong>pierwszy lipca • środa</strong></h1><p class="ql-align-justify">Korneliusz się upiera, że podział tradycyjnego miesiąca na dwa <em>sekki</em> to najprostsze rozwiązanie. Dobrze. Trwa <em>geshi</em>, przesilenie letnie, Japonia mówi — <em>ayame hana saku</em>, otwierają się irysy. A we Wro — lipy biorą, co ich, bez pardonu. Czuję ciągłą potrzebę rytualizowania codzienności, świadomego jej doświadczania, ozdabiania, celebrowania, więc podrapałam za uchem symbolikę i kupiłam sobie lipowy miód. Nawet w mieście w lipcu od lip nie uciekniesz — tylko o pszczoły tutaj trudniej. Sąsiedzi weterynarza i pielęgniarki garściami będą zbierać kwiaty, wystarczy, że się wychylą z balkonów żółtego domu, a ja mogę skubnąć kilkusetletnie skrzydełko, jeśli zdołam przepłynąć przez topniejące jak ser asfalty do Parku Szczytnickiego.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/ae9a2dd5-c1de-4ce5-86eb-639100d2faf9.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/ae9a2dd5-c1de-4ce5-86eb-639100d2faf9.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Polskie pory roku zawsze są w czymś utytłane — a kanikuła najbardziej. Jest w tej dziedzinie wzorcem z Sèvres, stopem platyny, irydu, dżemu, wilgotnych pyłków, lodów, upału, potu i magmy. Jest tłusta i mdląca, obrzydliwie nawoskowana. Ranking trudnych do zniesienia przygód cielesnych u Gnoma wygrywa mokry materiał przyklejony do pleców, u mnie — sok spływający po brodzie, a właściwie lato <em>in toto</em>. Muszę się bronić, kupiłam zatem lipowy miód. Bo w miodzie jest coś szlachetnego, lepi się subtelniej, połyskuje złotem, nie tombakiem, cywilizuje skwar, przywraca sens spiekocie. Dam mu <em>kō</em> z szacunku dla bezwzględnych pszczół, z powodu błogosławionego suszu i zapachu, który rozwija swoje perskie dywany w ulicznych korytarzach. Dam mu <em>kō</em>, ponieważ nie pozwala mi zapomnieć, że lato nie jest wyłącznie gwałcicielem i drapieżcą.</p><h1 class="ql-align-right"><strong>drugi lipca • czwartek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Odkąd odzyskałam ulubioną porę dnia — bardzo wczesny poranek — tamten ptak ze swoją aseptyczną pieśnią wciąż mi towarzyszy. W studni podwórka jego głos zyskuje nieznośną wręcz precyzję, jakby palce z kryształu biegały po szklanych klawiszach. Podświadomie czekam, aż szyby zaczną pękać. I mogłabym to tak zostawić, gdybym nie była abhidharmaistką, pieprzoną analityczką, która wystrzeliła z łona pielęgniarki z długą listą rzeczy do rozeznania, bo przecież cała ta heca — ja, życie, prześcieradło i cud — ani chybi wymaga kwerendy. Nie wrzeszczałam dlatego, że przehandlowali wodę za światło, chociaż zasadność tej transakcji nadal budzi moje szczere wątpliwości. Wrzeszczałam, bo nie zdążyłam wszystkiego obejrzeć i wszystkiego zanotować. Durna presja narodzin.</p><p class="ql-align-justify">I poszłam wczoraj na polowanie. O świcie, z telefonem wyposażonym w funkcję nagrywania. I przyniosłam do domu cyfrową zdobycz, i oprawiłam elektroniczne mięso w programie stworzonym wyłącznie do takich celów. Wtedy ptak enigma stał się nagle skomplikowanym samcem. Naczyniem sprzeczności. Dumnym, pewnym siebie macho, który sterczy pod oknami niskopiennych krzaków i na flecie wygrywa rzewne serenady. Pokrzewka Czarnołbista — dla przyjaciół Kapturka. Zirytowana moją ciekawością, dziś — nie wystąpiła.</p><p class="ql-align-justify">Albo czwartek to po prostu dzień prania piór.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/22c7e149-4fb6-4dc7-87ba-6fefe1326c74.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/22c7e149-4fb6-4dc7-87ba-6fefe1326c74.webp" width="75%"></picture></p><h1 class="ql-align-right"><strong>trzeci lipca • piątek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Gwoli ścisłości — rankiem muszkieterów jest na ogół trzech. Sylvia Atricapilla, prawdziwy Aramis, poeta mięśniak, Kapturka bez kaptura w kawalerskim kapeluszu — wiedzie prym w zdobnych kadencjach i etiudach dętych. Passer Domesticus, szerzej znany jako Wróbel, okrąglutki Portos, smakosz obfitości — wywija kołatką sekcji rytmicznej, jeśli tylko znajdzie chwilę w przerwach między okruchami. Apus Apus vel Jerzyk, chłodny melancholik, bratnia dusza Atosa — dyscyplinuje pierzchające frazy ostrym świstem piszczałki, a batutę unosi wysoko.</p><p class="ql-align-justify">Tak oto jedna cyfrowa zdobycz przemnożyła samą siebie, ja zaś ustaliłam, że mam do czynienia z orkiestrą.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-justify">Trwa <em>geshi</em>, przesilenie letnie, Japonia mówi — <em>hange shōzu</em>, kiełkująca pinelia zamyka okres sadzenia ryżu. Wro wciąż pod znakiem miodu, z pszczołami wśród betonu na tle pierwszego lipcowego <em>sekki</em> — wietrzeje puder kanikuły. Aramis — oprany i odprasowany — znów drze dzioba pospołu z kumplami.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/93880e43-afea-45c3-8c97-1ec116b8e74a.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/93880e43-afea-45c3-8c97-1ec116b8e74a.webp" width="75%"></picture></p><h1 class="ql-align-right"><strong>czwarty lipca • sobota</strong></h1><p class="ql-align-justify">W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i maliny z biszkoptem, przy czym Gnom wykonał krótką <em>volcadę </em>ku frappe z filipińskim ziemniakiem ube — święty chłód i jerzyki nad niecką transportu miejskiego w wąwozie konsumpcjonizmu. Słyszę piszczałki, obserwuję te magnetytowe, przekreślone nawiasy i wiem, że wszystko jest, jak powinno — istnieje żywy znak, ciało, które wyodrębnia się i asymiluje w tym samym momencie. Nie uwodzi mnie ciągły ruch i nie uwodzi mnie ciągły bezruch, ale one są w swojej gonitwie nieporuszone. Czyli nadzieja jeszcze dycha.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/a2d9577b-be20-4ddd-b7e5-365bfea6908d.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/a2d9577b-be20-4ddd-b7e5-365bfea6908d.webp" width="75%"></picture></p><h1 class="ql-align-right"><strong>szósty lipca • poniedziałek</strong></h1><p class="ql-align-justify">Przypominam sobie małe dziecko, które pierwszego czerwca, w dniu swojego święta, plątało mi się pod nogami, zerkało z ciekawością na botaniczne śledztwo, a gdy szłam do domu, pochłonięta abhidharmą, wdrapało się na kolana tawuły i próbowało zjadać landrynkowe płatki. Nazajutrz rano, w drodze po ciężki żytni chleb, spotkałam dziewczynkę, może dziewięcioletnią. Wieczorem ta sama dziewczynka głaskała pod sklepem moje psy i nie miała już dziewięciu lat. Dojrzewała absurdalnie szybko, jak film przewijany na podglądzie, wydawała się płynna, prześwietlona — trudno ją było objąć spojrzeniem bez popadania w gorączkę. Następnego dnia jej błyskawiczne dzieciństwo dobiegło końca — uroczą, bezcelową niewinność zastąpił głód oczekiwania. Minęły siedemdziesiąt dwie godziny. Kanikuła nałożyła staranny makijaż — kreska mocna, podkład nieskazitelnie gładki — i ruszyła w miasto.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/99141f0c-daee-4e12-87a4-aec81aee109d.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/99141f0c-daee-4e12-87a4-aec81aee109d.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Wtedy, w czerwcu, była nie do pokonania. Trafiła szóstkę młodości — ufała i nie przepraszała, brała i nie czuła lęku, chciało jej się i nie zadawała pytań. Wchodziła w codzienność jak w tango. Zachowywała się niczym odurzona przygodą turystka, która jest wszędzie u siebie. W cukierniach i na piknikach studenckich, w kinach plenerowych i na dworcach. Na targach warzywnych i w zajezdniach autobusowych, w bibliotekach i na promenadach nad Odrą. Pod mostami, w synagodze, na ringu śmiesznych i poważnych zbrodni. Potrzebowała ludzi, żeby się definiować. Szukała ich na wernisażach i w pustostanach, w przejściach podziemnych i na szkolnych boiskach. Była we wszystkich miejscach jednocześnie, a nocami tańczyła w klubach. Nie sypiała, bo młodość nie śpi — opiera tylko czoło o stół na pięć zdrowasiek albo na kwadrans. Ciało zweryfikowało jej zdolność kredytową, udzieliło pożyczki na wysoki procent.</p><p class="ql-align-justify">Zjawiała się nieproszona i nie znikała bez konsekwencji. Bezwstydna i rozbrajająca, podkradała innym godność, forsę, żarcie i zdrowy rozsądek. Śmiała się za głośno, aż wreszcie ktoś ją uwiódł w ramach wykreślania kolejnej pozycji z listy urlopowej. Potem — pojechał dalej.</p><p class="ql-align-justify"><em>Sekki</em> weszło w fazę burzy o trzech twarzach. Makijaż stawił opór nie bez strat. Wypadła lepka od tuszu rzęsa, nos pożegnał odrobinę matowej elegancji, zszarzał róż na policzkach, w kącikach ust zastygły strupki lodów truskawkowych, ale kiedy kobieta piła na umór i roztrzaskiwała butelki nad głową barmana, nikt się temu zbytnio nie przyglądał. Rozumieli. Młodość rozdarta przez grom snuła się po szlochających deszczem ulicach własnego upokorzenia, z gradobiciem niedowierzania w tle. Kobieta — nie płakała.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-justify">Starsza o tę gorycz kanikuła podniosła się z łóżka na początku lipca, poprawiła oko, musnęła powiekę ultrafioletowym cieniem i wróciła do swoich zwyczajów ze świeżą intensywnością, choć już bez intensywnej świeżości. Teraz istniała wszędzie w sposób bierny i bezwzględny. Skoro przestało jej się chcieć, zaczęła od siebie wymagać. Męczyły ją interakcje, więc skupiła uwagę na mieście. Zwiedzała zabytki, podziwiała architekturę. Wieczorami wciąż piła, znajdowała w tej czynności przewrotny sens. Ale lipiec nie był czerwcem — w lipcu każda przyjemność wymachiwała paragonem, noce żądały rękojmi, czwarta rano ostrzegała o debecie. Gdy pojawiali się wierzyciele, kobieta otaczała się kokonem papierosowego żaru i spokojnie dryfowała ku domowi. Po drodze spisywała inwentarz. Liczyła poparzone bramy, spierzchnięte place, wyblakłe fontanny, trawniki barwione ochrą i sjeną, rozpalone do czerwoności metalowe poręcze. Odkryła w sobie nową pasję. Wro ją zajmowało, ta śliczna trupia farma. Rozpoznawała własne odbicie w mięknących szybach wystawowych, tylko z pudrem działo się coś dziwnego.</p><p class="ql-align-justify">Najwyraźniej podlegał erozji.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/66659b39-1f66-4c46-851a-31d79ff599fd.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/66659b39-1f66-4c46-851a-31d79ff599fd.webp" width="75%"></picture></p><p class="ql-align-justify">Nie rozpływał się dramatycznie, nie robił scen. Wietrzał sucho, z uporem. Gubił charakter. Najpierw przywiądł zapach heliotropu i kredy. Później gładkość utraciła dar przekonywania. Tu i ówdzie pieg wydostał się na wolność. Skóra z zaskoczeniem odnotowywała niejednorodność swojej faktury. Róż planował ewakuację. Na skroniach pod gipsową mgiełką rysowało się dorzecze drobnych żył. Czy zostało to już dostrzeżone? Czy jest widoczne w błysku dyskotekowej kuli, w półmroku przy barze, w tropikach popołudnia?</p><p class="ql-align-justify">Kobieta mogłaby umyć twarz i jeszcze raz przemienić ją w nieskazitelną porcelanę, ale przestało jej się chcieć, chwilowo niczego od siebie nie wymaga. Czuje się trochę chora, to pewnie żołądek.</p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-justify">Kanikuła tkwi przed lustrem, dotykając szyi — długo nie posiedzi, w brzuchu rewolucja. Tak. Kupi imbir, odpocznie od tanga, przejdzie na lekką dietę, rozpuści włosy. Przeprosi sen, zwabi go atłasem i koronką. Miasto bierze głębszy oddech i natychmiast się przeziębia — odkąd kobieta zasłoniła okna, jest dużo chłodniej.</p><p class="ql-align-center"><picture><source srcset="/images/u/maragalli/7d122580-8e52-4dd0-984a-d3f10f25497d.avif" type="image/avif"><img src="/images/u/maragalli/7d122580-8e52-4dd0-984a-d3f10f25497d.webp" width="75%"></picture></p><hr class="hr-short" /><p class="ql-align-center"><em>(autorzy zdjęć — polina kuzovkova • david moum • sergio artnoart • vladan vučković</em></p><p class="ql-align-center"><em>• www.miel-factory.com • yaroslav sumar • seval torun • jose ignacio pompe • susan wilkinson)</em></p>]]></content:encoded>
      <pubDate>Thu, 09 Jul 2026 05:18:05 +0000</pubDate>
      <guid isPermaLink="true">https://tuhat.net/@maragalli/p/introvernia-dziennik-osobisty-wwo-03</guid>
      <category>dziennik_literacki</category>
      <category>esej_liryczny</category>
      <category>proza_sensoryczna</category>
    </item>

  </channel>
</rss>
