Tysiąc słów to dużo
Tysiąc słów
Tysiąc słów to wysoki pułap. Trzeba mieć sporo czasu, aby napisać esej tej długości. 1000 słów w angielskim to ok. 5000 znaków, za to w polskim może sięgnąć nawet 7000 znaków. To trochę deprymujące.

Ten zimowy krajobraz to trochę przewrotny widoczek na dziś, bo nad Europą mieliśmy właśnie coś, co nazwano kopułą ciepła (heat dome). W Londynie było 35°C, w Warszawie dużo mniej, ale też beznadziejnie gorąco. To nie dla mnie. Marzę o ucieczce na Północ, w miejsca które kocham, a które niedługo będą dla nas tylko wspomnieniem. Bo ile lat jeszcze będziemy mogli się cieszyć zdrowiem wystarczającym, by podróżować po tym pięknym świecie? Ile razy zdołamy polecieć do Szkocji? Do Irlandii?
Nie bardzo umiem też wstawiać zdjęcia z biblioteki na moim Tuhat. Tu wypróbowałam wklejanie i o dziwo - działa. Tego się będę trzymać.
Trochę jestem zdenerwowana naszym wyjazdem. Jednak na stare lata wyjazdy robią się trudniejsze.
Kiedyś spotkałam u fryzjera starszą (również ode mnie) panią, która mówiła, że na święta wybiera się do rodziny. Grzecznie jej pogratulowałem i wyraziłam coś w rodzaju zachwytu, że spędzi ten czas z rodziną. Spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała:
-Pani jeszcze młoda, więc jeżdżenie może się pani podobać, ale ja to już najchętniej zostałabym na święta u siebie.
To było kilka lat temu zaledwie, a ja już dziś ją doskonale rozumiem. Mam coraz mniejszą parę na jeżdżenie po świecie. Moje łóżko wydaje mi się najwygodniejsze, pościel najczystsza, a ręczniki najmiększe.

___
Wspominaliśmy sobie ostatnio nasze młodzieńcze wyprawy w góry. Trzy tygodnie w Wysokich Tatrach, chodzenie od schroniska do schroniska. Nie po Słowacji, o nie - mimo przynależności do bloku wschodniego nie mogliśmy sobie przekraczać granicy, gdy mieliśmy ochotę. A w stanie wojennym to już w ogóle była szopka. Trzeba było mieć specjalne pozwolenie na chodzenie po górach.
Pamiętam, że kiedyś wyszliśmy ze schroniska przed szóstą, żeby dojść na Rysy przed tłokiem. Chodziłam wtedy dość wolno, a że to była jesień, dni były krótkie.
Kiedy schodziliśmy z Rysów, dopadli nas pogranicznicy - nie chcieli uwierzyć, że wracamy tą samą drogą. Po prostu wyszliśmy w góry przed nimi.
Dobre czasy to były, bo w Tatry mało kto chodził. Nie to co teraz. Tyle wypadków w górach, a ludzie nadal nie rozumieją, że to są szczyty, które wymagają dobrych butów i przygotowania, nie tylko fizycznego, ale i mentalnego. Bo polskie góry są jak Alpy w miniaturze.
Kiedyś spotkaliśmy wysoko w górach dwójkę Niemców. Siedzieli i wzywali pomocy, bo nie przewidzieli, że te trasy są naprawdę strome. Mieli maleńką mapkę z jakiegoś niemieckiego folderu, na której widać było tylko trasy, w rzucie z góry, bez poziomic. Oni myśleli, że tam jest prawie rowno! Gdy weszli w skały, po prostu się przerazili. Koledzy wzięli pana pod pachy, my panią, ktoś wziął ich plecak i zaczęliśmy ich sprowadzać w dół, do schroniska.
To były dobre czasy, byliśmy młodzi, silni, a świat wydawał się obiecujący.
Co z tego zostało do dziś? Na pewno rozwiały się nasze nadzieje na podbój Kosmosu. A tak! O tym marzyłam jako młoda osoba! Myślałam jak to będzie wspaniałe, tam, w górze, gdy ludzkość już się ogarnie i przestanie się zbroić, mordować i łamać prawa człowieka i wyruszy eksplorować nieznane światy.
Ale nic takiego się nie stało. Nie ogarneliśmy się. Nadal zabijamy bliźnich, a od jakiegoś czasu zbroimy się na potęgę. Co tam Kosmos, who cares. Furda globalna wioska! Mamy tort i każdy chce zjeść nie tylko swój kawałek, ale też porcję sąsiada.
Dlatego myślę, że nasze czasy nie były takie fatalne. Nie mieliśmy dużo, ale mieliśmy piękne marzenia. 