Introvernia — Dziennik osobisty WWO (03)

Autor maragalli ·

trzydziesty czerwca • wtorek

W ramach zacieśniania wątłych stosunków z Dalekim Wschodem, opracuję sobie całkowicie subiektywne polskie — siedemdziesiąt dwie pocztówki z postrzegania miasta w dwudziestu czterech sekki, o jakich świat nie słyszał.

W tych nie będzie dyscypliny cesarskich kalendarzy ani księżyca nad idealnie ukształtowaną gałęzią świerku, chyba że to właśnie świerk strzepnie nerwowo popiół z papierosa na parapet, a księżyc rozleje się maślaną plamą na zimnej patelni nieba. Nie będzie tak skrupulatnego rejestru kiełkowania, kwitnienia i dojrzewania roślin, chociaż rośliny pozostaną w centrum. Nie będzie uguisu, seri ani ume. Nie będzie czystego porządku rzeczy, bo nie będzie wsi.

Jeśli rok we Wro naprawdę się rozpada, to nie na cztery wielkie pokoje, ale na dziesiątki tajemnych pasaży, schowków i piwniczek na wino. Przez dwanaście licencjonowanych miesięcy przyglądam się badawczo i próbuję dociec, co się porusza w tych kątach, co tam drga. Nie w kosmosie, nie w historii, nawet nie w przyrodzie jako takiej. W powidokach. W oksymoronach. Pod skórą. W dysharmonii między rozumieniem a zapisem. Z rozdźwięku powstanie katalog — spis drobnych przesunięć prywatnej tektoniki, śmiesznych olśnień, maleńkich wyszczerbień na ostrzu legendy, tej od map, nie od bohaterów.

Japonia dała wytworne nazwy chwilom, w których natura zmienia ton głosu, ale Japonia jest matką haiku. Gdzie mi tam do niej. Podejrzewam, że moje przynajmniej w pewnym stopniu będą w tym kontekście obrazoburcze. Może banalne. Niewykluczone, że aroganckie. Przedmiot, żywioł, emocja, metafora — kolejność dowolna. Ironia? Nie wiem, to chyba zakrawałoby na zbrodnię.

Nie dążę do formy uniwersalnej. Poskładam swój kalendarz ze spacerów, iluminacji, ataków furii i smaków. Z nagrobków na cmentarzu w drodze pod most. Z wieczornego podglądania cudzych lamp w oświetlonych, odsłoniętych oknach. Z rękawiczek i alergii. Z nagłych zmian nastroju. Z wczesnych poranków w sezonie liści jeszcze za małych, by podnosić szum, ale już wystarczająco licznych, by zwoływać własne sejmiki. Z warzyw i awanturującego się kręgosłupa. Z chleba i z igrzysk.


Drugie sekki czerwca — trzy twarze burzy, która mnie zachwyca, Milkę przeraża do szaleństwa, a Gnoma i Bezy wcale nie obchodzi. ? Topolowy śnieg.

pierwszy lipca • środa

Korneliusz się upiera, że podział tradycyjnego miesiąca na dwa sekki to najprostsze rozwiązanie. Dobrze. Trwa geshi, przesilenie letnie, Japonia mówi — ayame hana saku, otwierają się irysy. A we Wro — lipy biorą, co ich, bez pardonu. Czuję ciągłą potrzebę rytualizowania codzienności, świadomego jej doświadczania, ozdabiania, celebrowania, więc podrapałam za uchem symbolikę i kupiłam sobie lipowy miód. Nawet w mieście w lipcu od lip nie uciekniesz — tylko o pszczoły tutaj trudniej. Sąsiedzi weterynarza i pielęgniarki garściami będą zbierać kwiaty, wystarczy, że się wychylą z balkonów żółtego domu, a ja mogę skubnąć kilkusetletnie skrzydełko, jeśli zdołam przepłynąć przez topniejące jak ser asfalty do Parku Szczytnickiego.

Polskie pory roku zawsze są w czymś utytłane — a kanikuła najbardziej. Jest w tej dziedzinie wzorcem z Sèvres, stopem platyny, irydu, dżemu, wilgotnych pyłków, lodów, upału, potu i magmy. Jest tłusta i mdląca, obrzydliwie nawoskowana. Ranking trudnych do zniesienia przygód cielesnych u Gnoma wygrywa mokry materiał przyklejony do pleców, u mnie — sok spływający po brodzie, a właściwie lato in toto. Muszę się bronić, kupiłam zatem lipowy miód. Bo w miodzie jest coś szlachetnego, lepi się subtelniej, połyskuje złotem, nie tombakiem, cywilizuje skwar, przywraca sens spiekocie. Dam mu z szacunku dla bezwzględnych pszczół, z powodu błogosławionego suszu i zapachu, który rozwija swoje perskie dywany w ulicznych korytarzach. Dam mu , ponieważ nie pozwala mi zapomnieć, że lato nie jest wyłącznie gwałcicielem i drapieżcą.

drugi lipca • czwartek

Odkąd odzyskałam ulubioną porę dnia — bardzo wczesny poranek — tamten ptak ze swoją aseptyczną pieśnią wciąż mi towarzyszy. W studni podwórka jego głos zyskuje nieznośną wręcz precyzję, jakby palce z kryształu biegały po szklanych klawiszach. Podświadomie czekam, aż szyby zaczną pękać. I mogłabym to tak zostawić, gdybym nie była abhidharmaistką, pieprzoną analityczką, która wystrzeliła z łona pielęgniarki z długą listą rzeczy do rozeznania, bo przecież cała ta heca — ja, życie, prześcieradło i cud — ani chybi wymaga kwerendy. Nie wrzeszczałam dlatego, że przehandlowali wodę za światło, chociaż zasadność tej transakcji nadal budzi moje szczere wątpliwości. Wrzeszczałam, bo nie zdążyłam wszystkiego obejrzeć i wszystkiego zanotować. Durna presja narodzin.

I poszłam wczoraj na polowanie. O świcie, z telefonem wyposażonym w funkcję nagrywania. I przyniosłam do domu cyfrową zdobycz, i oprawiłam elektroniczne mięso w programie stworzonym wyłącznie do takich celów. Wtedy ptak enigma stał się nagle skomplikowanym samcem. Naczyniem sprzeczności. Dumnym, pewnym siebie macho, który sterczy pod oknami niskopiennych krzaków i na flecie wygrywa rzewne serenady. Pokrzewka Czarnołbista — dla przyjaciół Kapturka. Zirytowana moją ciekawością, dziś — nie wystąpiła.

Albo czwartek to po prostu dzień prania piór.

trzeci lipca • piątek

Gwoli ścisłości — rankiem muszkieterów jest na ogół trzech. Sylvia Atricapilla, prawdziwy Aramis, poeta mięśniak, Kapturka bez kaptura w kawalerskim kapeluszu — wiedzie prym w zdobnych kadencjach i etiudach dętych. Passer Domesticus, szerzej znany jako Wróbel, okrąglutki Portos, smakosz obfitości — wywija kołatką sekcji rytmicznej, jeśli tylko znajdzie chwilę w przerwach między okruchami. Apus Apus vel Jerzyk, chłodny melancholik, bratnia dusza Atosa — dyscyplinuje pierzchające frazy ostrym świstem piszczałki, a batutę unosi wysoko.

Tak oto jedna cyfrowa zdobycz przemnożyła samą siebie, ja zaś ustaliłam, że mam do czynienia z orkiestrą.


Trwa geshi, przesilenie letnie, Japonia mówi — hange shōzu, kiełkująca pinelia zamyka okres sadzenia ryżu. Wro wciąż pod znakiem miodu, z pszczołami wśród betonu na tle pierwszego lipcowego sekki — wietrzeje puder kanikuły. Aramis — oprany i odprasowany — znów drze dzioba pospołu z kumplami.

czwarty lipca • sobota

W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i maliny z biszkoptem, przy czym Gnom wykonał krótką volcadę ku frappe z filipińskim ziemniakiem ube — święty chłód i jerzyki nad niecką transportu miejskiego w wąwozie konsumpcjonizmu. Słyszę piszczałki, obserwuję te magnetytowe, przekreślone nawiasy i wiem, że wszystko jest, jak powinno — istnieje żywy znak, ciało, które wyodrębnia się i asymiluje w tym samym momencie. Nie uwodzi mnie ciągły ruch i nie uwodzi mnie ciągły bezruch, ale one są w swojej gonitwie nieporuszone. Czyli nadzieja jeszcze dycha.

szósty lipca • poniedziałek

Przypominam sobie małe dziecko, które pierwszego czerwca, w dniu swojego święta, plątało mi się pod nogami, zerkało z ciekawością na botaniczne śledztwo, a gdy szłam do domu, pochłonięta abhidharmą, wdrapało się na kolana tawuły i próbowało zjadać landrynkowe płatki. Nazajutrz rano, w drodze po ciężki żytni chleb, spotkałam dziewczynkę, może dziewięcioletnią. Wieczorem ta sama dziewczynka głaskała pod sklepem moje psy i nie miała już dziewięciu lat. Dojrzewała absurdalnie szybko, jak film przewijany na podglądzie, wydawała się płynna, prześwietlona — trudno ją było objąć spojrzeniem bez popadania w gorączkę. Następnego dnia jej błyskawiczne dzieciństwo dobiegło końca — uroczą, bezcelową niewinność zastąpił głód oczekiwania. Minęły siedemdziesiąt dwie godziny. Kanikuła nałożyła staranny makijaż — kreska mocna, podkład nieskazitelnie gładki — i ruszyła w miasto.

Wtedy, w czerwcu, była nie do pokonania. Trafiła szóstkę młodości — ufała i nie przepraszała, brała i nie czuła lęku, chciało jej się i nie zadawała pytań. Wchodziła w codzienność jak w tango. Zachowywała się niczym odurzona przygodą turystka, która jest wszędzie u siebie. W cukierniach i na piknikach studenckich, w kinach plenerowych i na dworcach. Na targach warzywnych i w zajezdniach autobusowych, w bibliotekach i na promenadach nad Odrą. Pod mostami, w synagodze, na ringu śmiesznych i poważnych zbrodni. Potrzebowała ludzi, żeby się definiować. Szukała ich na wernisażach i w pustostanach, w przejściach podziemnych i na szkolnych boiskach. Była we wszystkich miejscach jednocześnie, a nocami tańczyła w klubach. Nie sypiała, bo młodość nie śpi — opiera tylko czoło o stół na pięć zdrowasiek albo na kwadrans. Ciało zweryfikowało jej zdolność kredytową, udzieliło pożyczki na wysoki procent.

Zjawiała się nieproszona i nie znikała bez konsekwencji. Bezwstydna i rozbrajająca, podkradała innym godność, forsę, żarcie i zdrowy rozsądek. Śmiała się za głośno, aż wreszcie ktoś ją uwiódł w ramach wykreślania kolejnej pozycji z listy urlopowej. Potem — pojechał dalej.

Sekki weszło w fazę burzy o trzech twarzach. Makijaż stawił opór nie bez strat. Wypadła lepka od tuszu rzęsa, nos pożegnał odrobinę matowej elegancji, zszarzał róż na policzkach, w kącikach ust zastygły strupki lodów truskawkowych, ale kiedy kobieta piła na umór i roztrzaskiwała butelki nad głową barmana, nikt się temu zbytnio nie przyglądał. Rozumieli. Młodość rozdarta przez grom snuła się po szlochających deszczem ulicach własnego upokorzenia, z gradobiciem niedowierzania w tle. Kobieta — nie płakała.


Starsza o tę gorycz kanikuła podniosła się z łóżka na początku lipca, poprawiła oko, musnęła powiekę ultrafioletowym cieniem i wróciła do swoich zwyczajów ze świeżą intensywnością, choć już bez intensywnej świeżości. Teraz istniała wszędzie w sposób bierny i bezwzględny. Skoro przestało jej się chcieć, zaczęła od siebie wymagać. Męczyły ją interakcje, więc skupiła uwagę na mieście. Zwiedzała zabytki, podziwiała architekturę. Wieczorami wciąż piła, znajdowała w tej czynności przewrotny sens. Ale lipiec nie był czerwcem — w lipcu każda przyjemność wymachiwała paragonem, noce żądały rękojmi, czwarta rano ostrzegała o debecie. Gdy pojawiali się wierzyciele, kobieta otaczała się kokonem papierosowego żaru i spokojnie dryfowała ku domowi. Po drodze spisywała inwentarz. Liczyła poparzone bramy, spierzchnięte place, wyblakłe fontanny, trawniki barwione ochrą i sjeną, rozpalone do czerwoności metalowe poręcze. Odkryła w sobie nową pasję. Wro ją zajmowało, ta śliczna trupia farma. Rozpoznawała własne odbicie w mięknących szybach wystawowych, tylko z pudrem działo się coś dziwnego.

Najwyraźniej podlegał erozji.

Nie rozpływał się dramatycznie, nie robił scen. Wietrzał sucho, z uporem. Gubił charakter. Najpierw przywiądł zapach heliotropu i kredy. Później gładkość utraciła dar przekonywania. Tu i ówdzie pieg wydostał się na wolność. Skóra z zaskoczeniem odnotowywała niejednorodność swojej faktury. Róż planował ewakuację. Na skroniach pod gipsową mgiełką rysowało się dorzecze drobnych żył. Czy zostało to już dostrzeżone? Czy jest widoczne w błysku dyskotekowej kuli, w półmroku przy barze, w tropikach popołudnia?

Kobieta mogłaby umyć twarz i jeszcze raz przemienić ją w nieskazitelną porcelanę, ale przestało jej się chcieć, chwilowo niczego od siebie nie wymaga. Czuje się trochę chora, to pewnie żołądek.


Kanikuła tkwi przed lustrem, dotykając szyi — długo nie posiedzi, w brzuchu rewolucja. Tak. Kupi imbir, odpocznie od tanga, przejdzie na lekką dietę, rozpuści włosy. Przeprosi sen, zwabi go atłasem i koronką. Miasto bierze głębszy oddech i natychmiast się przeziębia — odkąd kobieta zasłoniła okna, jest dużo chłodniej.


(autorzy zdjęć — polina kuzovkova • david moum • sergio artnoart • vladan vučković

• www.miel-factory.com • yaroslav sumar • seval torun • jose ignacio pompe • susan wilkinson)

© All rights reserved - maragalli

RSS

Listy

Prywatne notatki między czytelnikami a autorem. Tylko opublikowane listy są tu widoczne dla wszystkich; w przeciwnym razie widzą je tylko dwaj korespondenci.

Zaloguj się aby napisać do autora prywatny list.