Introvernia — Dziennik osobisty WWO (02)

Autor maragalli ·

dwudziesty pierwszy czerwca • niedziela

Szybki obiad w miasteczku weterynarza i pielęgniarki — znowu to poczułam. Słodki, gorzki, słony zapach domu, lakierowanego drewna, żywicznych skaleczeń, archaicznych, nieco wypaczonych, pociągniętych farbą ościeżnic, ciepły nawet zimą — brzoza i sadza, suche gardło desek, wszystko to, czego nie da się wywietrzyć z pamięci, bo wżarło się głębiej niż kurz, wbiło głębiej niż gwoździe tak stare, że wyglądają już, jakby zaczęły topnieć.

Najwytrwalej dźwigają ten zapach firany. Białe, z kaskadami falban, pieczołowicie odtworzone przez matkę, bo zobaczyła taki wzór podczas którejś zagranicznej eskapady i wróciła chora z miłości. Zjeździła potem okoliczne sklepy tekstylne w poszukiwaniu gładkiej, gęstej, jedynie słusznej siatki, w czasach pogardy dla subtelności, kiedy półki przestały być puste, ale wciąż nigdzie niczego nie było. Nie dla tych, co woleli klasycyzm od baroku. Nie dla nas.

Tu łokieć, tam kupon, ówdzie jeszcze ze dwa metry.

Szyła tygodniami, szyła wieczorami, przy największym stole, łamiąc igły i głowę — sobie. Dziewiętnaście okien, każde inne. Maszynowy terkot oznaczał upojną swobodę, chwilę wytchnienia od jej nietoperzowego słuchu i oka ważki, bo pochylona nad kolejnym wykrojem zapominała o nastolatkach, o kanapkach z pomidorem, o ciężkich grzechach, którym usiłowała zapobiec. Można było strzelać z ekierki, tyłkiem obleczonym w dżins polerować zimny marmur korytarza, zaczytywać się w rynsztokowych horrorach, grać koncerty życia przed milionową publicznością — wyobrażone sale nie znają limitów. Łucznik — zjadacz nici — dawał tyle cienia, że generował własną strefę mroku, a skóra, zwłaszcza na karku, aż krzyczała z ekscytacji przy pierwszym chrząknięciu silnika.

Ten zapach jest fenomenem. Naprawdę. Sosny w różnym wieku, głównie melancholiczki. Sosny o różnych kształtach. Pachnie i wiek, i kształt. Sosen sentymenty, cierpliwe nawoływania schodów, monologi podłóg, gniew sufitów, obojętność listew, skrzypiące lub strzelające jak korek od szampana stawy domu, który od dekad wierci się, próbując przyjąć najwygodniejszą pozycję. Traci jędrność, czerstwieje, a równocześnie kolekcjonuje bruzdy, odpryski, wymowne zadraśnięcia po moich kłamstwach i obcości siostry arogantki, psich turniejach i rodzinnych igrzyskach, wysokich obcasach pielęgniarki i chodakach weterynarza, po wędrujących meblach, upuszczanych nożach, trzaskających drzwiach, po całym naszym życiu, któremu skądś wzięło się przekonanie, że jest nieinwazyjne i dyskretne.

Latem zapach przypomina woń czystych, pustych strychów pod duszącymi się z gorąca dachami, lecz bez charakterystycznej nuty wosku pszczelego — to bukiet przewiązany chemiczną wstążką olejów i impregnatów, niby nieproszonych, a jednak na miejscu. W schowku na pościel, w maleńkiej, rzadko otwieranej przestrzeni wstążka najmocniej zaciska się na szyi — zanurkować tam to akt opiumizmu, doznanie z pogranicza erotyki i opresji — a lamowane nią koce z wielbłądziej wełny na zawsze pozostaną dla mnie archetypem absolutnego bezpieczeństwa. Zdarza się też, że przypadkowy ruch potrząśnie bukietem i od bielonej ściany oderwie się smużka kadzidełkowego dymu, owinie wokół miedzianych bibelotów i opadnie na wiklinowe kosze. Zimą węch podrażnia dodatkowo opar piwnicznego pieca, wiosną — cierpki pot przebudzonych roślin, jesienią — feromon wilgoci.

Drzewo, drewno, kantówki i legary. Zapach survivalu dorastania i wypisane na brzozowych szczapach jasne imię lasu, który musiał kiedyś umrzeć, żebyśmy mogli zamieszkać wśród sęków, w pomarańczowych pokojach, opierać łokcie na parapetach, słuchać, jak nocą dom mamrocze przekleństwa, przewracając się z boku na bok.


Całe błonia chabrów. Nie ledwo czytelne, wykonane niebieskim atramentem notatki na marginesach zbóż, lecz sine twarze z makowymi rumieńcami, tłum topielic stojących po pas w zielonym szlamie. Chaber i mak, para najbardziej polskich kwiatów, jeden chronicznie niedotleniony, drugi ciśnieniowiec, z policzkami w nieustającej gorączce. Razem wyglądają jak uciekinierzy ze szpitala polowego, ci, co źle znoszą zamknięte przestrzenie, nawet jeśli to tylko podzielony prowizorycznymi ściankami namiot. A gdy spojrzeć z innej strony, są jak wspomnienie wszystkich szkolnych akademii, na których okularnikom każe się recytować wiersze o ojczyźnie, a garstka umierających z nudy rodziców bez przekonania udaje, że wciąż kocha ten abstrakt, że patriotyzm nie uschnął w nich jak botaniczny dowód winy i kosmopolityzmu. No chyba że pojawi się tatuś konserwatywny, ale dzisiaj tatuś konserwatywny poświadcza miłość do kraju nad Wisłą nie Norwidem, lecz bejsbolem.

Chabry i maki za oknem pociągu z miasteczka weterynarza i pielęgniarki do Wro. Wro, któremu odmawiam prawa do rodzaju męskiego, bo jest nijakie niczym mleko, żebro albo echo, i które uważa mnie chyba za swoją, chociaż bez szczególnej wzajemności.

A w środku chłopak z wytatuowanym pod uchem Chojrakiem, tchórzliwym psem z kreskówki. Siedzi bokiem, odsłaniając kark, dzieląc się kartą prywatnego tarota. Kartą Maga — jak sądzę, bo ten paranoiczny beagle miał niezwykłego nosa do wszelkich guseł, uroków i iluzji. Dla introwertyka to niepojęte, jak chętnie intymna mitologia wykwita na skórze, tak podatnej na sól i ocet. Ludzie piszą na własnych ciałach obrazkowe listy do kaprysu, odwagi, grozy, fascynacji, śmierci, tęsknoty, poczucia humoru i braku sensu, a potem niosą tę korespondencję wraz z sobą do baru szybkiej obsługi, dentysty i kościoła. Albo do pociągu. W lecie, które jest czasem bez kopert, epistolografia tatuażu zalewa świat.

Za oknem trwa etap malachitowych mórz. Zboża jeszcze nie dojrzały, ale już pozują jak dorosłe — biusty falują, prężą się bicepsy — stroszą piórka i zawyżają swój wiek, chociaż nadal pełno w nich słodkawego soku wyobraźni i naiwnych snów. Gdzieniegdzie pośród tych rozwibrowanych tłumów leżą złote rolady pojęczmiennej słomy albo bele siana z pierwszego pokosu traw. Są jak lepkie cukierki dla olbrzymów, które wypadły ze zbyt gwałtownie rozerwanej torebki i potoczyły się w najdalszy kąt, do matecznika obłażących z sierści kotów kurzu.

Oleśnica — antypatyczna ciotka, od której nigdy nie odbieram telefonów — wita mnie z rezerwą nadpleśniałym chlebem przemysłowego śmietniska. Regał żelaznego złomu w magazynie osobliwości i chaotyczny Dürer chwastów — bez rzeżuchy! — gdzie każdy naznaczony grzechem pierworodnym badyl przetrwał apokalipsę i dostąpił odkupienia. To nie widoczek, lecz rejestr nietrafionych decyzji. Blacha, beton, trawa z piaskiem w zębach, zardzewiałe maszynerie czekające na reinkarnację w przedsionku Akaszy. Oleśnica nie otwiera ramion — pokazuje język, pokryty nalotem po fabrykach, składach, bocznicach i niewypowiedzianym zmęczeniu, stawia na stole brudną szklankę, wskazuje najmniej wygodne krzesło. Sama nie siada, czeka, aż wyjdę.

Pewne rzeczy pozostają niezmienne od trzech dekad. Opustoszałe kioski na peronach, te drewniane, prastare, w odcieniu głębokiej czekolady, i te młodsze, wykładane drobniutkimi teserami bez koloru, jakby ktoś zmielił resztki wapiennych klatek schodowych i ułożył je w niemą mozaikę. Stoją zamknięte, niewiarygodnie cierpliwe. Przypominają wieżyczki okrętów podwodnych na mieliźnie torów, pozbawione gazet, oranżady, tęczowych lizaków, plastikowych zabawek i długopisów — nieodzownych drobiazgów, małych litanii do boga podróży, bo czy wiadomo, jak się skończy droga? Czy aby, panie dziejku, dojedziemy? A ciasny niegdyś węzeł kolejowy stopniowo się rozluźnia, parcieje, rozpada, mimo pokostu współczesnych udogodnień.

Potem znów pola. Szerokie w biodrach buraki cukrowe, kukurydziane podlotki, płowiejąca ospale pszenica, rzepak, który właśnie przestał się farbować na wyzywający blond i neonowo żółte pasemka zamienia na mysie odrosty. Krzepną leniwie, bez entuzjazmu, z nonszalancją kobiety po czterdziestce zasypiającej bez prysznica, ale w klipsach. Brzozowe zagajniki migają jak puszczone na wiatr partytury, poldery zalewowe pielęgnują pamięć po wodzie, chwilowo niezainteresowanej, wyciszonej, milkliwej — wystarczy jednak zachcianka deszczu, skarga rzeki, parę mokrych tygodni, i pamięć na powrót przerodzi się w obecność.

Estakady przed Wro. Brama do dzielnicy na obrzeżach. Jeśli byłeś grzeczny, kumpel graficiarz wciągnął cię do galerii znajomków — ogromnych portretów na słupach nośnych. Sława nie będzie trwać wiecznie, tyle co przygotowania do kapitalnego remontu. Któregoś poranka rzeźnicy z Plainfield zdejmą ci twarz, ale ja ją widziałam, rozmazaną przez upał i prędkość. Wiem, że tam była — i kilkanaście innych. 2012 rok — twierdzi Korneliusz. Pokonuję tę trasę po stu sześćdziesięciu ośmiu miesiącach dezercji.

I już. I Nadodrze. I tramwaj. I dom czasu teraźniejszego.

Polska w czerwcu, jeszcze nie zmatowiała, lekko zdyszana, cała w truskawkach, z grubymi warkoczami. W mieście takiej nie spotkasz.


(autorzy zdjęć — kristina tochilko • ryan schram • vlad ionita)

(autor postaci chojraka, tchórzliwego psa — john r. dilworth)

© All rights reserved - maragalli

RSS

Listy

Prywatne notatki między czytelnikami a autorem. Tylko opublikowane listy są tu widoczne dla wszystkich; w przeciwnym razie widzą je tylko dwaj korespondenci.

Zaloguj się aby napisać do autora prywatny list.