dwudziesty siódmy maja • środa
Tuż po siódmej rano nierozpoznany ptak swoją aseptyczną pieśnią przemywał rzeczywistość. Zanim wyprowadziłam psy, w miętowym oddechu powietrza nie było już śladu po strawionej nocy, ale opadłe, skurczone w sobie kwiaty kasztanowca nadal wypełniały wszystkie bruzdy w ziemi jak rozsypany ryż basmati.
dwudziesty ósmy maja • czwartek
Mieszkanie potrzebowało tlenu. Od miesięcy dyszało astmatycznie, krztusiło się remontowym pyłem, majaczyło. Uchyliłam okno w kuchni, nie podnosząc rolety, nie łaskocząc jeszcze hydry, która, wzdęta chroniczną ciekawością, rozwijała ciężkie sploty na balkonach po drugiej stronie ulicy i niestrudzenie penetrowała nie swoje szuflady, zaglądała do nie swoich garnków, inwentaryzowała nie swoje tajemnice. Słońce rysowało jaskrawą kreskę u szczytu ościeżnicy — nie była to biel, lecz unia wszystkich kolorów świata. Zatrzymała się na tej kresce cała słoneczna arogancja i światło, obejmujące kuchnię pod niezwykłym kątem, zyskało miękkość i barwę gęsiego puchu.
trzydziesty maja • sobota
W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i maliny z biszkoptem, odkąd ze sprzedaży wycofano ensaimadę — na oszklonym frontonie Uniwersytetu Przyrodniczego taki przypis do Hitchcocka — Proszę uważać na atakujące wrony, które mają gniazdo obok budynku melioracji.
trzydziesty pierwszy maja • niedziela
Przesadziliśmy kwiaty, ja i Gnom. W starych, oprószonych kurzem koszarach urządziliśmy im ostatnią zieloną noc. Przycięliśmy rozzuchwalone brody, przetrząsnęliśmy materace, plecaki i zbutwiałe śpiwory. Doniczki, wezwane na poranny apel, stanęły w równym rzędzie — wyszorowane i karne. Jeszcze tylko krótka czarnoziemna musztra na keramzytowym poligonie, prasowanie mundurów, polerowanie guzików. Wreszcie defilada. Przodem szli dobosze — trzy małe chamedory z uroczymi czuprynkami. Później Dracena i jej generalski pióropusz, który jak zielony wodospad wykwitał z cienkiego, zgarbionego patyczka. Za nią sierżant Epipremnum w żywym płaszczu ze splecionych gałązek. I szeflera markietanka, skacowana tak bardzo, że wciąż gubiła i kroki, i liście. A na końcu wlókł się czołg — wielka nadzieja i wielki zawód Gnoma — Fatsja Pajęcza Sieć, która z niewiadomych przyczyn usmażyła na brązowo wszystkie swoje parasole i w bajronicznym geście wznosiła teraz ku niebu nieprzyzwoicie nagie łodygi.
pierwszy czerwca • poniedziałek
Centrum wielkiego miasta, dzielnica oddalona od rynku mniej więcej na taką odległość jak serce od wątroby. Spaliny, metaliczny zaduch tramwajów, podbiegłe fermentującą zupą studzienki kanalizacyjne i niezbyt harmonijna zawiesina ludzkich pomysłów na wystudiowaną świeżość. Lilaki już przekwitły, a powietrze nadal pachnie — słodko i kojąco — więc przy okazji odbioru paczki z mieniącym się turkusowo i mandarynkowo szalem przeprowadzam botaniczne śledztwo w duchu Abhidharmy.
Znawcą roślin nie jestem — to Korneliusz ustali tożsamość podejrzanych. Fotografuję ich z ukrycia, szybko, zwięźle — kadry są brzydkie i użyteczne. Gang osiłków bzu czarnego, rozprowadzających tanio, bo na wietrze, drobne pigułki kremowych kwiatów. Różane lichwiarki — uszczypliwa wdowa Barock w postrzępionej morelowej spódnicy, panna Sympathie, której zbyt duża, czerwona bejsbolówka przesłania niebo oraz zdrowy rozsądek, i Gloria Dei z zębami pożółkłymi od nikotyny. Białowłosy jaśminowiec, tak czarujący, że z oszustw matrymonialnych czerpie stały dochód. Ligustr w odświętnym garniturze z perłowymi guzikami — wkrótce zmęczony nową kochanką, wskoczy w dres i zacznie ją podtruwać. Szajka spekulantów — Rukiewników i Podagryczników, którzy, raz posiani, długo wypracowują podziemną sieć kontaktów, by potem nagle i bez rozgłosu przejmować okoliczne nieruchomości, skwery, miejsca parkingowe. Przedsiębiorcza robinia z fałszywym dowodem i kopertówką pełną nieoszlifowanych diamentów. I tawuła japońska — szemrana księgowa w landrynkowym berecie.
Dzielnicowi dilerzy budują solidną nutę bazową — dopóki się nie zbliżasz, dopóki nie próbujesz się spoufalać, nie ściskasz rąk, nie klepiesz ich po plecach, dotrzymują obietnicy syropowego haju. Jeśli przekroczysz granicę, dostaniesz po łbie mysim smrodkiem. Weekendowy truciciel i seryjny bałamutnik odpowiadają za nutę serca — z początku obaj tak samo zmysłowi, upajający, gęści i miodowi, ale z kapryśnego ligustra pożądanie szybko wycieka gorzką, migdałową rosą nudy, podczas gdy jurny jaśminowiec godzinami obcałowuje liczne narzeczone ożywczym kwaskiem pomarańczowej skórki. Dyskretna przemytniczka i mniej dyskretne róże organizują nutę głowy na różne sposoby — elegancka robinia trzyma świat na dystans ziołową wonią młodych konwalii, a kumy lichwiarki przyciągają klientelę korzennymi akcentami goździków i kardamonu. Korneliusz mówi, że niewinni są tylko spekulanci, bo ich warzywna, cwaniacka aura nie jest w stanie się przedrzeć przez te wszystkie eteryczne zbrodnie.
A tawuła?
Zielono pachnąca, cierpka i sarkastyczna tawuła — w tajemnicy pociąga za sznurki.
piąty czerwca • piątek
Czerwiec — nadal w powijakach — dostał burę od jesieni, dlatego dzisiaj przez szczelinę u szczytu ościeżnicy do kuchni cierpliwie wlewa się półmrok, a zachrypnięty deszczyk intelektualista cytuje Hughesa, Longfellowa, Leśmiana i Alice Oswald. Zastanawiam się, co kierowało właścicielem kota, który siatkę ochronną balkonu na zachodniej ścianie podwórka ozdobił miniaturowymi buteleczkami po alkoholu — na pierwszy rzut oka to wódka, ale wódki raczej nie trzyma się w seledynowym szkle — i całość wygląda teraz jak surrealistyczna girlanda bożonarodzeniowa. Czy jego kot pije?
dziewiąty czerwca • wtorek
Z surowego pomysłu na strukturalną typologię liter — po jej utarciu w gęsty kogel mogel z żółtkiem dynastycznych zależności na potrzeby wstępu do AOD — zostało mi tylko jedno zdanie, pestka pierwotnej metafory — Każda biblioteka składa się z mnóstwa I.
trzynasty czerwca • sobota
W drodze na rytualne, sobotnie śniadanie — mleko z kawą i muffinkę w kolorze ciepłego fioletu, gdyż nie stało biszkoptu i malin — pod monochromatycznym niebem wyglądającym jak atak histerii szarpanej wiatrem Stefki — rzeź łopianów i golemy nowej generacji.

Wprawdzie ominęła mnie scena batalistyczna, ale krajobraz po bitwie i tak był wstrząsający. Zwiotczałe sztandary wielkich liści, otwarte złamania, miękkie, postrzępione kości i gorzkawy zapach zielonej krwi. Z hufca stacjonującego przy krawężnikach nie ocalał nikt. Ideę wojny znam — barbarzyński wigor wobec cywilizowanej estetyki, dozorcy przeciw chwastom — a jednak w tym przypadku to szał nadzabijania, napalm w przedszkolu, Stalingrad i Somma. Czyim wrogiem jest łopian? Kto tak bardzo pragnie spustoszyć nędzne spłachetki nędznej ziemi pod nędznymi płotami?

W groteskowym kontraście do krzepnącej jeszcze dynamiki tej masakry na chodniku przed Uniwersytetem Przyrodniczym statyczna kompozycja przestrzenna — bo przecież nie spotkanie istot ludzkich. Bańka martwej, mechanicznej ciszy w samym środku miejskiego zgiełku. Identyczne pozycje i grymasy, identyczne odstępy między posągami w naprzemiennym układzie niemal całkowitego bezruchu — pracują tylko oczy i kciuki, trzymając się ściśle ram telefonicznej klawiatury. Golemy nie wiedzą, jaka jest pogoda. Nie czują zimna. Nie podziwiają chmur. Nie wymieniają spojrzeń, nie kruszą kopii słów. Nie ożywi ich imię boga, a opłatek pod językiem rozpuści się, zanim go zauważą. Przechodzę obok i uderza mnie prosta myśl — jeden zarżnięty łopian wciąż ma w sobie więcej życia i emocji niż trzydziestka wegetujących golemów z glinianymi płucami.
Gloria Lappae!